News

Ćwierć kilometra.

wtorek 09.11.2010 23:12
Dwieście pięćdziesiąt metrów. Przeciętna linia startowa jest dłuższa. Dziś przeszedłem właśnie taki dystans. Bez pomocy kul, bez trzymania ramy bieżni! W jakim tempie? Zajęło mi to dziesięć minut. Może nie było to wydarzenie miesiąca, ale po skończeniu kręciło mi się lekko w głowie. Ależ byłem zadowolony! Powoli zaczynam w miarę normalnie chodzić. Później, w chwili przerwy pomyślałem, że ulica przy której stoi mój rodzinny dom ma właśnie taką długość. Zimą 2003/04 po tym jak zrozumiałem, że w osiąganiu świetnych wyników przeszkadza mi brzuch, postanowiłem go zgubić. Celem było uwaga: czternaście kilogramów w dół. Pomijając morderczą dietę, biegałem codziennie. Czasami dwa razy dziennie. Ale jak tu mierzyć postępy w treningu? Miałem wagę. Ta jednak pokazała na początku spadek mojej masy o dwa kilogramy, a później zatrzymała się na długi czas. Wymyśliłem więc, że będę biegał po mojej ulicy tam i z powrotem licząc ile razy ją przebiegłem. To było niesamowicie wymierne. Miałem dwa wskaźniki: czas i dystans. Dziś szesnaście długości, tydzień później dwadzieścia, trzydzieści dwie, po miesiącu czterdzieści. Z czasem osiem kilometrów przestało być dużym dystansem. Mój wymierny system stał się też niesamowicie nudny. Zacząłem więc robić rundy wokół głównej części Biskupca. Jedno kółko zajmowało średnio dwanaście minut. Idealnie. Pięć kółek = godzinka biegu wśród ludzi robiących zakupy, idących do szkoły. Niesamowicie motywowała mnie ich obecność. Przecież nie mogłem odpuszczać gdy parzyli. Biegałem głównie rano. Start punkt o 6:00. Patrzyłem jak Biskupiec budzi się do życia. Na pierwszym kółku mijałem tylko kilka osób, czasem nawet żadnej. Ktoś otwierał sklep, kilkoro ambitnych odśnieżało chodniki. Na drugim kółku parę osób więcej, ktoś niósł do domu bułki i mleko na śniadanie, przejechały dwa samochody. Było jeszcze ciemno. Na ostatnim kółku w tej skali można powiedzieć, że był ruch. Jeździły już samochody, pług spychał śnieg z ulic, pojawiło się więcej osób przecierających jeszcze oczy. Często właśnie na ostatnim okrążeniu spotykałem panią sekretarkę z mojego liceum idącą otworzyć szkołę. Było pięć minut przed siódmą i z uśmiechem krzyczała do mnie, że się spóźnię. Zaczynaliśmy o siódmej pięćdziesiąt. Po bieganiu nigdy się nie spóźniłem. A w dni, gdy akurat nie biegałem rano, prawie na pewno byłem spóźniony. Pierwsze trzy lekcje należały do mnie. Dosłownie, byłem pobudzony, pełen energii, gdy inni myślami leżeli jeszcze w łóżkach. Nie ma się co dziwić. W końcu chwilę wcześniej przewentylowałem kilka tysięcy litrów świeżego, mroźnego powietrza. Natomiast na następnych trzech lekcjach grawitacja ściągała mi głowę coraz bliżej ławki. Około jedenastej, gdy strawiłem już całą glukozę ze śniadania, zaczynałem zasypiać. Nie miałem siły otworzyć powiek. Poranny bieg się mścił. Szybko zorientowałem się, że muszę zjeść coś bardzo kalorycznego zaraz po dziesiątej. Kłóciło się to z dietą, ale nie mogłem przecież spać w szkole! Dlatego odbijałem sobie wieczorem. Pamiętam dzień, gdy wcale nie padał śnieg. Była istna zamieć. Do tego strasznie ślisko. Nikt o zdrowych zmysłach nie wyszedł by z domu gdyby nie musiał. Ale ja rano nie biegałem. A wyłamywanie się z treningu to nie droga do celu. Ubrałem się najcieplej jak mogłem i pobiegłem. Już na pierwszym kółku wywróciłem się kilka razy. Adidasy nie zdały testu przyczepności. Wróciłem do domu. Mama zapytała czy mówię pas. A ja poszedłem na strych i znalazłem stare glany. Kiedyś ubzdurałem sobie, że będę w nich chodził, bo starsi koledzy takie mieli. Nie pasowały mi, więc nie chodziłem w nich za długo. Miały jednak podeszwę z bieżnikiem z traktora marki Ursus i co najważniejsze, trzymały się oblodzonej ulicy. Nie było zmiłuj, godzina biegu albo wyrzuty sumienia. W tym czasie minęła mnie tylko jedna para w średnim wieku. Pamiętam tę scenę, jakby była dzisiaj. Pan walczył z szarpaną nagłymi podmuchami parasolką, próbując osłonić siebie i żonę od zacinającego wiatru i śniegu. Pani naciągała w górę dłońmi kołnierz futra zasłaniając policzki. Pewnie nieraz widzieli mnie biegającego. Tym razem, gdy nadbiegłem, owa pani puściła kołnierz i patrząc mi w oczy postukała się w czoło. To był chyba największy wyraz uznania, jaki mogłem otrzymać. Oznaczał, że stałem się sportowcem. Gdy ruszył nowy sezon, zaczęły się coraz lepsze wyniki. Siedem miesięcy później zdobyłem swój pierwszy medal Mistrzostw Polski, jeszcze w juniorach. W rezultacie przez całą zimę straciłem dokładnie tyle ile chciałem. Czternaście kilogramów.

Ta zima będzie wyglądała podobnie. Gdy tylko będę mógł wrócić do intensywnych treningów zacznę odbudowywać kondycje i siłę. Bez kompromisów.

Pozdrawiam
Piotr Kula POL 17
tytuł
dodany przez: autor
2011-01-03 11:07:07
Bieganie
dodany przez: JACEK POL 21
2010-11-11 12:56:34
Witaj Piotrze, fajnie piszesz , że jesteś twardy to wiem - wiemy i to wynika z tego co robisz i jak , ale pomyśl może napisałbyś jakąś książkę dla Finnistów tych początkujących , tych co już potrafią coś więcej no i dla nas Mastersów , brak takiej literatury w języku polskim pozdrawiam Jacek ps. na początek możesz zebrać w całość dotychczasowe swoje relacje , do tego dodać wszystko co wiesz o Finnie i żeglowaniu na nim i mamy to co wielu z nas będzie traktowac jak Biblię Finna ?!
nadwaga
dodany przez: Piotr K
2010-11-10 19:25:45
Mam nadwage -25 kg Jestem zmotywowany.Podziwiam Twoj upor.Golonka w szybkowarz wydziela mila won...i musztarda.Wracaj do zdrowia i kos.
motywacja
dodany przez: Mateusz L.
2010-11-10 09:20:21
Ci ludzi naprawdę fajnie motywują. Trzymaj się i walcz dalej.

dodaj komentarz:

Do najbliższych regat pozostało:
cos

Newsletter

Sponsorzy

Miasto Biskupiec