News
Jest fantastycznie!
Po pięciu miesiącach mentalnego i fizycznego usychania nareszcie wróciłem na wodę. To niesamowite uczucie, doczekać się czegoś, za czym tak bardzo się tęskniło. Od kilku dni jestem na kadrowym treningu na Majorce. Gdy tylko po raz pierwszy wsiadłem do kokpitu czułem się nieco niepewnie. W końcu na Finnie często się kuca, a to było ostatnim i jednym z najtrudniejszych osiągnięć rehabilitacji kolana. Owszem kucałem wcześniej ale nigdy tak dynamicznie jak to ma miejsce na łódce. Obawiałem się reakcji kolana. Nawet nie bólu, bo do tego już chyba przywykłem ale tego, że będzie mnie coś mocno ograniczało, albo co gorsza, odnowi się kontuzja. Pierwsze balastowanie, pierwsze zwroty, mimo że uważałem na nogę, były fascynujące. To była czysta radość. Życzenia spełnienia marzeń ze świąt się spełniły! Jak widać, trochę to zajęło, bo w planach był wyjazd na trening już w lutym, o czym wspominałem ostatnio, ale nie udało się go zorganizować. Tym razem jestem już na wodzie i cieszę się z tego jak z niewielu dotąd rzeczy w życiu. Pierwsze manewry wychodziły mi raczej pokracznie, więc bardzo szybko dziecięca radość ustąpiła skupieniu na starannym prowadzeniu łódki. Tak jak się spodziewałem, nie było to proste. Ciągle gubiłem równowagę, przewracając się na wiele nieznanych mi dotąd sposobów i wiele niezbadanych jeszcze z tej perspektywy zakątków łódki. Fala, mimo że nieszczególnie duża, rzucała mną jak ulęgałką, ale wywoływało to raczej śmiech niż zdenerwowanie. Pierwsze żeglowanie było krotką rozgrzewką, ale już drugiego dnia zrobiliśmy pełnometrażowy, mocny trening. Niemal pięć godzin spędziliśmy na wodzie w średnim wietrze. Nie będę oszukiwał. Bolało i to mocno. Podobnie było trzeciego dnia, gdy w dość silnym wietrze trenowaliśmy ponad pięć godzin. Ku mojemu zaskoczeniu całkiem nieźle sobie radziłem. Wygrałem nawet parę wyścigów z zawodnikami którzy z nami ćwiczyli. Dziś natomiast na wodzie spędziliśmy mniej czasu, ale za to w sztormowej pogodzie. Wiatr wiejący od morza z prędkością dochodzącą do 65km/h rozbujał duże fale. Ciężko zliczyć ile razy się wywróciłem. Trudno też powiedzieć ile litrów słonej wody połknąłem, podobnie jak trudno opisać jaki byłem zadowolony z siebie po treningu! Zwłaszcza że powrót do portu, gdzie jest już płytko i załamują się fale był niebezpieczny ale na szczęście poszedł całkiem sprawnie. Jeden z zawodników, będąc blisko brzegu wywrócił się łamiąc maszt. Na pewno wyobrażacie sobie co dzieje się z przewróconą łódką targaną przez załamujące się przed plażą fale. Takich rozbitków było kilku z różnych klas. Wywróciła się nawet motorówka przy próbie pomocy jednemu z żeglarzy. Teoretycznie dziś kolano powinno dokuczać najbardziej, a okazało się, że pół godziny po wyjściu na wodę przestałem odczuwać jakikolwiek ból. Widocznie moja głowa miała ważniejsze sprawy w takich warunkach.
Pozdrawiam serdecznie
Piotr Kula POL 17
Sponsorzy
Miasto BiskupiecPatronat
BiskupieckieTowarzystwo
Żeglarskie